Tuż po obkupieniu się na Otavalo ruszyliśmy dalej, do jednej z największych atrakcji w tym regionie - 18 m wodospadu w Peguche. Bardziej ogarnięte osoby pomyślały wcześniej o wzięciu kostiumów kąpielowych - mi pozostało jedynie umoczenie stóp.
Niegdyś w tym miejscu odbywały się rytuały poprzedzające święto Inti Raymi , a Inkowie brali "świętą kąpiel" w wodospadzie, aby oczyścić się i przygotować duchowo.
Niegdyś w tym miejscu odbywały się rytuały poprzedzające święto Inti Raymi , a Inkowie brali "świętą kąpiel" w wodospadzie, aby oczyścić się i przygotować duchowo.
po lewej: Lucia - mój dzielny towarzysz codziennej przerwy na lunch; a po prawej jedno z niewielu zdjęć, które nie są kompletnie rozmazane przez zaparowany obiektyw.
Spędziliśmy pół godziny na parkingu czekając na osoby, które poszły szukać dawnych inkaskich basenów (których nie znaleźli), więc zdążyłam obfotografować te pięknie przyodziane konie ze wszystkich stron. Następną atrakcją na naszej drodze była Laguna de Cuicocha.
Teraz po paru tygodniach powoli mam dość wulkanów, lagun, wodospadów i tym podobnych cudów, ale wtedy Laguna de Cuicocha zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Była piękna pogoda, mini-rejs po jeziorze przywołał miłe wspomnienia z Mazur, a pod koniec zaserwowano nam agua de canela - wywar (?) z laski z cynamonu, do którego można było dolać odrobinę likieru. Może nie smakuje tak dobrze jak grzaniec, ale rozgrzewa tak samo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz