Drugi dzień w Oriente spędziliśmy w Misahualli (jakkolwiek to przeczytasz, wiedz, że na pewno źle to wymówiłeś), znanej głównie z przepływającej przez tą miejscowość rzece Napo oraz z "małpiego gaju", który znajduje się przy jej brzegu.
Gdy zdążyliśmy zrobić po 1000 zdjęć każdej małpie, nadszedł czas na rejs rzeką Napo w jednej z łodzi.
Pierwszym przystankiem na naszej drodze było Muzeum Las Trampas. Znowu przygnębione zwierzęta w klatkach. Ciekawszą częścią wycieczki była prezentacja roślin leczniczych jak chociażby sangre de drago oraz (nie do końca lecznicza) ayahuasca, ale próbowanie napoju z niej nie było częścią wizyty.
Sangre de drago - drzewo, z którego żywica w kolorze krwi ma właściwości lecznicze. Po wmasowaniu w skórę ma kolor biały.
Następną atrakcją była wizyta w społeczności Shiripuno. W największej chacie zawieszona była wypchana skóra jaguara, która powinna znaleźć się na stronie Badly Stuffed Animals.
Następną atrakcją była wizyta w społeczności Shiripuno. W największej chacie zawieszona była wypchana skóra jaguara, która powinna znaleźć się na stronie Badly Stuffed Animals.
Kobiety zaprezentowały plemienny taniec w tradycyjnych strojach w dość nowoczesnej odsłonie. Nawet dzieci nie wyglądały na zbyt szczęśliwe, że muszą po raz kolejny tańczyć dla grupy gringos.
Reprezentantka społeczności pokazała nam także "święty kamień" , na powierzchni którego ponoć znajdują się podobizny zwierząt mieszkających w dżungli, których niestety nie byłam w stanie dojrzeć. Może to upał, a może moja ograniczona wyobraźnia.
Reprezentantka społeczności pokazała nam także "święty kamień" , na powierzchni którego ponoć znajdują się podobizny zwierząt mieszkających w dżungli, których niestety nie byłam w stanie dojrzeć. Może to upał, a może moja ograniczona wyobraźnia.
Były także węże jako stylowe boa, strzelanie z dmuchawki (okazało się, że taka rurka ma 2m i trafienie z niej w cokolwiek wcale nie jest łatwe) i zbłąkana ara.
Gdy przybiliśmy z powrotem do brzegu Misahualli czekał na nas jeden z lepszych posiłków, jakie kiedykolwiek jadłam w Ekwadorze - maito czyli ryba prosto z rzeki, grillowana, będąca uprzednio szczelnie owinięta w liść bananowca. Podana z juką o konsystencji spróchniałego drewna, w smaku jakby dalekiego kuzyna ziemniaka. Ale nieważne są dodatki - ryba jest taka wspaniała, tak mało w niej ości, taka delikatna, a tak rozpływa się w ustach...
Gdy przybiliśmy z powrotem do brzegu Misahualli czekał na nas jeden z lepszych posiłków, jakie kiedykolwiek jadłam w Ekwadorze - maito czyli ryba prosto z rzeki, grillowana, będąca uprzednio szczelnie owinięta w liść bananowca. Podana z juką o konsystencji spróchniałego drewna, w smaku jakby dalekiego kuzyna ziemniaka. Ale nieważne są dodatki - ryba jest taka wspaniała, tak mało w niej ości, taka delikatna, a tak rozpływa się w ustach...
Co do szczegółów naszej wyprawy - to część znajduje się w poprzednim poście o Tenie (tutaj).
Jedzenie: maito - ryba w lisciu bananowca; 4-5$
Reszta atrakcji:
Jedzenie: maito - ryba w lisciu bananowca; 4-5$
Reszta atrakcji:
- "małpi gaj" u brzegu rzeki ; 0$
- rejs rzeką Napo - ? wielki znak zapytania, wliczone w cenę wycieczki, ale wątpię, żeby było to więcej niż 40$
Podsumowując: zapłaciliśmy bardzo dużo za zaledwie namiastkę dżungli. Może nie spodziewałam się wyjazdu do plemion, które nie widziały jeszcze białego człowieka, ponieważ uważam, że lepiej zostawić tych ludzi w ich błogiej niewiedzy. Ale chciałabym przejść się lub nawet spędzić noc w lesie, w którym można poczuć tą specyficzną mieszankę ciepła i dużej wilgotności lub obserwować ptaki zamiast samotnego ocelota w klatce.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz